Karnawał w pełni. Styczniowe wieczory, choć długie i nieco pochmurne, sprzyjają zadumie przy ogniu i rozmowie, która płynie wolniej niż dym z fajki. Dla pokrzepienia serca i ku zdrowotności ciała godzi się wówczas sięgnąć po kieliszek czegoś wyjątkowego – trunku, w którym zamknięto lato, las i cierpliwość.
Tak oto przekazywana jest receptura nalewki Wielkiego Mistrza Zakonu Kawalerów Orderu Złotego Jelenia. Nakaz jego brzmi po wsze czasy niezmiennie: dla podtrzymania myśliwskiej tradycji, dla własnego zdrowia i pomyślności towarzyszy, nalewkę z leśnych owoców pić należy z umiarem i szacunkiem. A by radość podniebienia była godziwa, a myśliwiec mógł z dumą chwalić się swym dziełem, owoce winien zbierać własną ręką, w najczystszych ostępach kniei, czekając aż dojrzeją w słońcu i ciszy lasu.
Pierwsze przychodzą poziomki – pachnące latem – a po nich borówki, czarne jagody, po jednej kwarcie każda. Wsypuje się je do gąsiorka i zalewa gorzałką zmieszaną pół na pół ze spirytusem, by alkohol szczelnie owoce otulił. Następnie przychodzi czas na leśne maliny – dwie kwarty pełne rubinowego soku – które również muszą zniknąć pod powierzchnią trunku.
Gdy lato chyli się ku schyłkowi, a las obdarzy myśliwego jeżyną i tarniną, dodaje się ich po jednej kwarcie, pamiętając, że tarnina godna jest zbioru dopiero po pierwszych przymrozkach, gdy mróz odbierze jej cierpkość. Wówczas całość odstawia się na miesiąc, by czas dokonał swego dzieła.
Po upływie tego okresu miksturę zlewa się do butelek, a owoce zasypuje kilogramem cukru i ponownie odstawia na miesiąc. Gdy i ten czas minie, powstały sok łączy się z wcześniej zlanym trunkiem, zaś owoce zalewa się już samą wódką. Po kolejnym miesiącu i tę nalewę zlewa się i miesza z pozostałymi.
Tak oto, krok po kroku, z cierpliwości, lasu i tradycji rodzi się nalewka Wielkiego Mistrza – trunek, który równego sobie w smaku nie ma. A kto jej spróbuje, ten – choćby na chwilę – poczuje się myśliwcem spełnionym.

